~2008-09-01~14:39:18~
~
Aria ~
Przy narodzeniu nadano mi imię, Aria,
jednak czym ono jest. Sposobem na określenie samej siebie, czy
jedynie kolejnym pustym słowem. Aria, tak wszyscy mnie nazywają,
jednak nic o mnie nie wiedzą, chodź może myślą ze jest inaczej.
Kim tak naprawdę jestem. Co kocham, czy w ogóle potrafię
kochać. Myślałam że tak, jednak teraz już nie jestem pewna. Bo
czym jest miłość. Czyż to nie kolejne ułudne słowo, mające dać
poczucie bezpieczeństwa. Nie należę do nikogo, chodź tak naprawdę
nigdy nie byłam wolna, więc raczej chciałabym do nikogo nie
należeć. Te krótkie chwile samotności, są rzeczą którą
najbardziej cenię w swoim życiu. Na pozór wydaję się
normalna, jednak zawsze trzymam się na uboczu. Przeraża mnie świat
i ludzie w nim żyjący. Jestem inna niż wszyscy, zawsze mi to
powtarzano. Czy to znaczy że ze mną jest coś nie tak. Że jestem
nienormalna. Na zdjęciach które pokazywali mi rodzice, nigdy
się nie uśmiechałam, nawet kiedy byłam dzieckiem. Nie wiem nawet
czy kiedykolwiek na mych ustach zagościł uśmiech. Czasami mam już
dość. Chciałabym nie umrzeć, lecz brak mi odwago by się zabić.
Ludzie wciąż czegoś ode mnie chcą, żądają. Nienawidzę tego. W
nic już nie wierzę, lecz czy ta niewiara cokolwiek zmienia. Równie
dobrze wszystko mogłoby się okazać jedynie iluzją. Sen, jest dla
mnie czymś wyjątkowym, jedynie w nim mogę odnaleźć chwilę
spokoju, ale nawet tam nie jestem szczęśliwa. Czemu się tak
dzieje, czy powinnam to zaakceptować. Może jednak nie. Lecz
poszukiwanie rozwiązania tak bardzo mnie zmęczyło. Gdy ktoś
próbuje mnie dotknąć, uciekam, nie dlatego że nie chce
poczuć ciepła od kogoś bijącego. Boję się dotyku, czemu, nie
pamiętam, lecz wiem że jest jakiś powód. Gdy chodziłam do
szkoły zawsze mnie prześladowano. Każdy powód był dobry.
Szydzili z mego bezwartościowego, pustego imienia, z moich włosów,
z tego jak mówię. Pozornie to ignorowałam. Jednak gdzieś
głęboko w sercu, to tak bardzo bolało. Tylka jedna osoba stawała
w mojej obronie. Jednak jego już nie ma, odszedł. Pewnego dnia nie
pojawił się już w szkole. Na początku myślałam że jest chory,
jednak po upływie kilku tygodni, wszelka nadzieja ulotniła się
niczym dym na wietrze. Och Kaoru gdzie teraz jesteś, czy myślisz
czasami o mnie, pewnie nie. Po co wspominać kogoś takiego jak ja.
Bezwartościową istotę, która jedynie wszystkim zawadza.
Kiedyś często płakałam, jednak łzy już dawno się skończyły,
nie pozostała we mnie ani jedna. Widzę jak cały świat gnije.
Wszędzie można dostrzec przemoc, czyjąś śmierć. Jednak to mnie
już nie rusza. To dziwne, gdy człowiek staje się obojętnym,
zdawałoby się że żyje się mu łatwiej, jednak czy to prawda. Czy
gdzieś w duchu, nie nienawidzi się za to. Niedawno poznałam osobę
podobną do mnie, nie tą teraźniejszą mnie tylko tą sprzed lat.
Chciałabym jej współczuć, chciałabym jej pomóc,
lecz brak mi odwagi. Czy czeka ją taki sam los jak mnie. Może ona
pozna swojego Kaoru, który nie odejdzie. To byłoby piękne
zakończenie. Lecz jednak takie pojawiają się tylko w bajkach.
Ostatnio zaczęłam nową pracę, nic specjalnego, okładam nocami
towar na pułkach sklepowych. Jednak to mnie zadowala. Jestem wtedy
sama, całkiem sama, to takie przyjemne. Czasem się zapominam i
przesiaduje całą noc w sklepie. Wtedy szef na mnie krzyczy. Jednak
ja na to nie zwracam uwagi. Jedynie przytakuje by dać mu do
zrozumienia że rozumiem swój błąd. Tak naprawdę nawet go
nie słucham. Czekam jedynie aż skończy, by móc wrócić
do domu. Każdy człowiek ma marzenia, chcę coś po sobie zostawić
na tym świecie. Ja mam tylko jedno życzenie. Chciałabym spotkać
jeszcze chociaż raz Kaoru. Wiem jednak że to niemożliwe. Wciąż
jedynie uciekam od rzeczywistość, jednak tak jest dobrze, niech tak
zostanie. Nie chcę zmian, boję się co mogłaby przynieść.
Kiedyś obcy mężczyzna, którego widziałam pierwszy raz w
życiu, uderzył mnie. To była moja wina, wpadłam na niego.
Przepraszam, przepraszam. Wtedy po raz ostatni płakałam. Czego
właściwie chcę od życia. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to
pytanie. Czy ktoś mnie kiedykolwiek zrozumie, skoro ja sama nie mogę
siebie zrozumieć. Może ktoś by się znalazł, jednak ja nie
potrafię rozmawiać ludźmi, a przecież bez rozmowy nie będzie
zrozumienia. Dobrze czuję się w łóżku, bezpiecznie,
spokojnie. Gdy zamykam oczy, mogę zobaczyć co tylko chcę. Nawet
siebie, ale inną, taką jaką chciałabym być. Pewną siebie, a
pewności zawsze mi brakuje. Odważną, nie tchórzliwą jak
jest teraz. Uśmiechniętą. Jednak wiem że nic z tego nie będzie.
Jestem zbyt słaba. Zbyt przestraszona. Cale moje istnienie można
podsumować jednym słowem: Bezwartościowe.
skomentuj (0)
~2008-02-04~22:06:01~
~
Baśń starego człowieka ~
Nad jeziorem starzec siedział
Łowił ryby, nucił pieśń
Zaintrygowała mnie ta postaę
Podszedłem doń więc
„I jak biorą” spytałem
Spojrzał na mnie
I spokojnie rzekł:
„Siadaj opowiem ci mą baśń”
Bez wahania
bez namysłu chwili
uczyniłem co stary chciał
„Było to dawno temu
będzie jakieś trzydzieści lat
Do lasu się wybrałem
Spokojnie spacerowałem
Nagle posłyszałem o pomoc wołanie
Wnet pobiegłem w stronę
Z której dobiegał ów głos
Ujrzałem wilka
W sidła biedak wpadł”...
Przerwałem nagle opowieść
„Wilka powiadasz
Ale skąd ten głos”
„I otóż to
o ratunek błagał wilk
Sam z początku pojąc tego nie mogłem
Lecz lament zwierzęcia
Trafił do mego serca
Wbrew wszelkim rozsadką
Bez strachu podszedłem do wilka
Rozchyliłem szczęki
Łapę jego ściskające
Opatrzyłem ranę... ”
Ponownie wpadłem w słowo baśniażowi*
„Co on na to?
Cóż uczynił?
Toż to zwierze dzikie”
„Cywilizowany jest bardziej niż my
Gdy skończyłem go opatrywać
Powiedział:
Odpowiedziałem mu
Zdumiał się zwierz
Zaprzyjaźniłem z wilkiem się
Spotkań naszych końca widać nie było.
To już koniec mej opowieści przyjacielu
Możesz już iśę”
Powstrzymać sić nie mogłem
By pytanie zadać jedno:
„Gdzież on teraz jest?”
„Och siedzi on tam”
wskazał na pagórek niedaleki
„Poprawiał co chwila mnie”
„Ale czemu, czemu ja
nie słyszałem go”
„Otwórz swe serce
A jego mowę pojmiesz i ty”
skomentuj (0)
~2007-10-06~15:57:23~
~
Przyjaźń ze śmiercią~
Gabriel obudził się, przecierając leniwie oczy, spojrzał na zegarek, leżący na komodzie obok jego łóżka. Piąta dwadzieścia, taką właśnie pokazywał godzinę. Był piątek, ostatni dzień roboczy, po czym miał nastać błogosławiony weekend, problem w tym, że mimo wolnego, Gabriel i tak musiał pracować. Dobrze już dobrze, może nie musiał, ale z natury był pracocholikiem, robił to, co lubił, pisał, wprawdzie marzył o czymś więcej, niż zamieszczanie artykułów w podrzędnym brukowcu. Nie mniej jednak był to początek jego kariery, więc nie zrażał się tym zbytnio. Miał talent i to jaki, w każdym jego artykule było to coś, co porywało ludzi, zachęcało do czytania. Tak wiec młody dziennikarz ubrał się nie śpiesząc się zbytnio – pracę zaczynał dopiero o dziesiątej. Zaparzył sobie herbaty, po czym usiadł do stołu kuchennego, naprzeciw siebie umieścił drugi kubek pełen wspaniale pachnącego wywaru. Robił to od lat, chodź nikt go nie odwiedzał. Już dawno uświadomił sobie, dlaczego tak postępował, mianowicie: Był człowiekiem samotnym, widok drugiego naczynia przy stole dawała mu namiastkę obecności drugiej istoty. Nagle po mieszkaniu rozległ się odgłos dzwonka do drzwi. Gabriel zdziwił się nieco, w głowie zaczął układać sobie stosowne wyjaśnienia dotyczące osoby, która o tak niebotycznej porze dla zwykłego śmiertelnika dobija się do jego mieszkania. „Jechowcy – nie za wcześni na nich, dzieciak sąsiadów (tę myśl odrzucił z dwóch powodów: po pierwsze normalne dzieci o tej porze jeszcze śpią, po drugie jakąś nie kojarzył faktu żeby lokatorzy z naprzeciwka doczekali się jakiegokolwiek potomstwa)” takie i temu podobne spekulacje krążyły w zakamarkach jego umysłu. Dziennikarz był rozczarowany z powodu rozstania się z napojem, który wprost ubóstwiał. Wstał od stołu i udał się do przedpokoju. Otworzył powoli drzwi, gotów zbesztać personę, która przeszkadza mu w jego małym porannym rytuale. Gdy ujrzał jednak osobę stojącą po drugiej stronie progu zaniechał wykonania swojego wcześniejszego planu. Stała przed nim postać ubrana w czarny skórzany płaszcz przyozdobiony dwiema srebrzystymi czaszkami na piersiach, głowę osobnika płci wtedy jeszcze nieznanej Gabrielowi zakrywał kaptur, jak łatwo się domyślić będący częścią wyżej wymienionego odzienia. W dziennikarzu, niemalże natychmiast zakiełkowało ziarno zawodowej ciekawości. Po wstępnych oględzinach, owej dosyć mrocznej osoby, gestem ręki zaproponował jej by weszła to jego skromnego przybytku. Dopiero w świetle lampy zawieszonej w przedpokoju mógł z czystym sumieniem stwierdzić, że jest to kobieta o kruczoczarnych włosach i niesamowicie bladej cerze w wieku około dwudziestu czterech lat.
- Witam – spróbował zagadać, w odpowiedzi usłyszał jedynie tykanie zegara.
Gość nie czekając dłużej na reakcję gospodarza udał się wprost do kuchni, gdzie zasiadł, a raczej zasiadła na miejsce, przed drugą szklanką nieco już ostygłej herbaty. Gabriel rzecz jasna znalazł się na swoim krześle w sekundę później. Nieco intrygowało go skąd ta raczej nieprzeciętna kobieta wiedziała gdzie pójść i które zająć miejsce, skoro on jeszcze nie zdążył chociażby skosztować swojego aromatycznego napoju.
- Nazywam się Gabriel Kołowski – przedstawił się z takim wdziękiem w głosie, na jaki tylko mógł się zdobyć – jestem dziennikarzem, jak się nazywasz?
Osobniczaka płci pięknej spojrzała na niego znaczącą nie wydając z siebie żadnego odgłosu, jakby oczekiwała, że sam się domyśli, kim jest. Gdyby wzbierające zainteresowanie młodego dziennikarza, zapewne wyprosiłby już dawno swojego gościa. Pani X jak już sam ją nazwał wyciągnęła dłoń po szklankę, jej skóra wydawała się być cienka jak papier i delikatna jak jedwab. Powoli uniosła naczynie do ust i przechyliła je pozwalając letniej już substancji spłynąć do gardła. Na jej twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Wtedy właśnie najwidoczniej uznała za stosowne zdjąć swoje nakrycie głowy i pozwolić Gabrielowi delektować się wyglądem jej twarzy w pełnej krasie. Była nadzwyczaj piękna, smukła twarz, delikatnie zarysowane kości policzkowe, niezwykłe czarne oczy, które mogło zdawać się, są w stanie spojrzeć w przyszłość, skóra tak jasna jakby delektowała się kąpielami mlecznymi codziennie. Przez krótką chwilę dziennikarz miał ochotę udać się do pokoju po aparat i notes. Zdołał jedynie wykrztusić z siebie zdławiony pomruk podziwu, który dla wprawionego ucha mógł brzmieć jak coś w rodzaju „łałłł”. Uśmiech na twarzy Pani X zwiększył odrobinę swój zakres. Zaczerpnęła głębszy oddech, jakby chciała coś powiedzieć, jeśli tak było to zrezygnowała z tej możliwości pozwalając ulecieć powietrzu w przestrzeń. Nawet tak trywialną rzecz, jak mogłoby się zdawać, czyniła z niezwykłą gracją. Gabriel po raz pierwszy w swoim życiu nie czuł się samotny, miał wrażenie, że zna tę kobietę od zawsze, choć tak naprawdę nie wiedział o niej nic. Pożądał jej, nie w kontekście erotycznym, a psychicznym. Chciał ją poznawać, studiować, można by rzec. Po dłuższej chwili milczenia dziennikarz zebrał się na odwagę i powiedział:
- Jesteś najpiękniejszym tworem tego świata, jaki widziałem
W oczach kobiety pojawił się błysk, była wyraźnie rozbawiona tym stwierdzeniem. Gdy przychodziła do czyjegoś domu zazwyczaj obrzucano ją jedynie obelgami, które po pewnym czasie przeradzały się rozpaczliwe błagani.
- Proszę powiedz coś – wyrwało się panu domu, który usilnie próbował powstrzymać te słowa, ukryć je głęboko w sobie, teraz już było za późno, nie mógł cofnąć czasu, choć bardzo tego chciał.
Gabriel obawiał się, iż ten ideał kobiety siedzący przed nim wyjdzie i już nigdy nie będzie mu dane jej spotkać.
- Masz w sobie duszę poety – powiedziała, cichym aksamitnym głosem, który brzmiał jak łabędzi śpiew, jak wszystkie najpiękniejsze melodie tego świata.
Młody dziennikarz był przekonany, że obdarowała go największym zaszczytm, jakim ta istota mogła kogokolwiek obdarować. Potok pytań kłębił się w jego umyśle.
- Kim jesteś? – Spytał wreszcie.
- Jeszcze się nie domyślasz? – Odwdzięczyła się pytaniem
- Musisz być aniołem, gdyż żadna istota z tego świata, nie dorównuje ci w żadnym aspekcie
Na jej twarzy pojawił się już wyraźny uśmiech, i Gabriel mógłby przyrzec, że zaśmiała się przez chwile.
- Anioł bez skrzydeł, anioł, którego spowija ciemność, nie... mylisz się, chodź w jednej sprawie masz rację, nie pochodzę z tego świata, ja tu tylko pracuję – stwierdziła, jakby wcześniej się do tego przygotowała.
- Wiec, kim jesteś? – Ponowił swoje pytanie – czemu zaszczycasz mnie swoją obecnością
- Cóż wydaje mi się, że wystarczy, jeśli powiem, iż większość ludzi nie cieszy się na mój widok tak bardzo jak ty
Nagle wszystko powoli zaczęło do niego dochodzić, nie chciał w to uwierzyć, odrzucał tę myśl z uporem. Coś wewnątrz niego krzyczało „Nie to nie prawda” lecz w głębi serca już zaakceptował ten fakt.
- Wiec ty jesteś... – Przerwała mu nim dokończył.
- Tak, lecz nie obawiaj się, nie przyszłam po ciebie – wymówiła te słowa z delikatną stanowczością w głosie
- Nie tego się boję, mój lęk raczej wywołuje myśl, że już więcej tu nie przyjdziesz, nie odwiedziesz mnie, że... – Słowa przez chwile utkwiły mu gdzieś pomiędzy sercem a rozumem – że utracę jedynego przyjaciela
Śmierć wstała od stołu i podeszła do Gabriela, ruchem ręki dała mu do zrozumienia, iż oczekuje od niego by on również uniósł się z krzesła. Gdy już to uczynił objęła go ramionami opierając brodę o jego bark.
- Przyjdę, jeszcze nie raz – szepnęła cicho, po czym pocałowała go w policzek.
Po tym wyszła.
***
Gabriel zrezygnował z pracy w biurze, nie zrozumcie mnie źle, nie zwolnił się, pisał artykuły w swoim domu i przy pomocy poczty elektronicznej wysyłał je do redakcji. Chciał przebywać w mieszkaniu jak najdłużej, oczekując kolejnej wizyty. Zdawał sobie sprawę, że nie miało to większego sensu, gdyż jego przyjaciółka i tak wybrałaby moment, w którym znajduje się w swej siedzibie. Jednak dawało mu to można powiedzieć, spokój ducha. Dziennikarz czekał na ponowne przyjście śmierci, ta jednak nie zjawiała się od długiego czasu. Dla Gabriela każda minuta bez niej zdawała się być godziną, każda godzina dniem, a dzień miesiącem. Cóż za ironia, większość ludzi umiera, gdy do ich drzwi zapuka ta niezwykła dama, on z kolei doznawał uczucia podobnego agonii, bez niej.
Gabriel usiadł przy komputerze, szykując się do napisania kolejnego nudnego artykułu o gwieździe sportowej, która ćpała. W jego pisaniu zaczęło czegoś brakować, tak jakby nie był w stanie skupić się na konkretnym temacie, jego myśli uciekały gdzieś w odległe miejsce, w którym nie było nikogo poza nim i postacią przywdziewającą czarny skórzany płaszcz, przyozdobiony dwiema srebrzystymi czaszkami na piersiach. Marzył o nieskończonym świecie, który mógłby opisywać bez końca wierszami, ale tylko wtedy gdyby i ona tam była. Dziennikarz siedział tak przy biurku pogrążony w półśnie. Śmierć spoglądała na niego z uśmiechem. Stała przy drzwiach pokoju, nawet nie zauważył, kiedy weszła.
- Tylko poeta może w taki sposób zatracić się we własnych myślach – powiedziała powoli.
Gabriel otrząsną się z zadumy, spojrzał na swą przyjaciółkę wzrokiem dziecka, patrzącego na wystawę sklepu ze słodyczami. W jego sercu, zatańczyła iskra natchnienia, czuł, że swymi słowami, przelanymi na papier mógłby zmienić świat. Nie mógł jednak tego zrobić. „Czemu?” - Spytacie. Odpowiedz jest prosta, za nic nie poświeciłby czasu, jaki mógł z nią spędzić.
- Czekałem i miałem nadzieję, że nasze pierwsze spotkanie nie było jedynie snem – cicha, niemalże niesłyszalna wypowiedz wydobyła się wprost z jego serca.
- Może było nim, może teraz znów śnisz – zadziwiające, w jak niezwykły sposób Śmierć potrafiła zmienić czyjś punkt widzenia.
- Jeśli tak jest, nie chcę nigdy się obudzić
Gabriel zaprosił swego gościa do salonu, sam udał się do kuchni by zaparzyć herbaty. Gdy ustawił dwie filiżanki na stole, pokój wypełnił się przyjemnym aromatem.
- Czy mogę ci zadać pytanie?
- Oczywiście – odparła Śmierć.
- Co czujesz, gdy... – Przerwał na chwile – zabierasz kogoś w podróż
- A co czujesz ty pisząc kolejny artykuł?
- Nic, teraz już nic. To tylko moja praca
- Właśnie, praca, tak też jest ze mną – odpowiedziała głosem tak spokojnym jak szelest liści przy leciutkim podmuchu wiatru.
Przez chwilę dziennikarz zastanawiał się, co powiedzieć, informacja, którą uzyskał zaskoczyła go, lecz nie zniechęciła.
- Ciekaw jestem czy podobnie będzie, kiedy przyjdziesz po mnie – mimika jego twarzy wskazywała na chęć dodania słów w stylu – Szach mat.
- Twoje przekonanie o tym, iż w jakikolwiek sposób się do ciebie przywiązałam, może być błędny – uśmiechnęła się dominująco – nie mówię, że tak nie jest. Powinieneś jednak rozważyć możliwość taką jak na przykład ta: jedynie się tobą bawię, z nudów dla zabicia czasu
Gabriel czuł, że powinien być zły za takie słowa, nie potrafił się jednak na nią obrazić.
- Tego zapewne dowiem się u kresu mego życia – stwierdził cicho.
- Nie jesteś przeciętnym człowiekiem, ktoś inny nie potrafiłby przyjąć czegoś takiego tak łagodnie jak ty
Przez dłuższą chwile oboje siedzieli milcząc, czasem tylko popijając herbatę. Mijały kolejne minuty. Dziennikarz wreszcie przerwał ciszę kolejnym pytaniem.
- Gdy siedzisz tu teraz, oznacza to, że ludzie nie umierają?
- Oczywiście, - przytaknęła - umierają, nie możesz spoglądać na mnie przez pryzmat twojego świata, skoro jestem w jakimś miejscu, nie eliminuje mojej obecności gdzie indziej – ton jej głosu stał się pobłażliwy, podobny do tego, jaki używa matka tłumacząc coś swemu dziecku
- Czy więc nie mogłabyś zostać tu na zawsze?
- Wtedy moje obecność nie sprawiałyby ci takiej przyjemności, przywykłbyś do mojej niej
Śmierć uznała, że najwyższy czas zakończyć rozmowę. Gdy Gabriel zamkną na chwilę oczy próbując ułożyć sobie wszystko w głowie, ona znikła.
***
Śmierć odwiedzała Gabriela wielokrotnie, aż do czasu jego późnej starości. Czternastego marca, w sto ósme urodziny emerytowanego dziennikarza, przyszłą do niego po raz ostatni. Usiadła przy łóżku starca i przyglądała mu się uważnie. Mężczyzna otworzył oczy. Rozpromienił się, gdy ujrzał tak dobrze mu znane oblicze.
- Miło cię znów widzieć – jego głos był ledwie słyszalny, wiek wyraźnie go osłabił.
Dłoń Śmierci delikatnie gładziła siwe włosy. Nic nie mówiła. Jej twarz wyrażała jedynie smutek. W szklistych oczach ledwie powstrzymywała łzy.
- Domyślam się, że już czas, czy tak? – Spytał.
Skinęła głową. Przedłużyła jego czas, i to prawie o dwadzieścia lat. Nie chciałaby odszedł. Kochała go. Lecz nadszedł taki moment, gdy nie można czegoś dłużej przeciągać. Nawet ona musiała trzymać się pewnych zasad, mogła je, co najwyżej, delikatnie nagiąć.
- Będzie mi ciebie brakowało, Gabrielu, tak bardzo... – nie byłą w stanie nic więcej powiedzieć.
Łzy spływały jej po policzkach. Ten jeden jedyny raz pokazała, że i ona ma uczucia.
- Jesteś bardziej ludzka niż ci się wydaje – rzekł starzec, którego sama Śmierć trzymała w ramionach ściskając go mocno.
Chciałaby ta chwila trwała wiecznie, by w jakiś nawet dla niej nie zrozumiały sposób czas się zatrzymał. Coś takiego jednak nie mogło się stać. Wszystko musi się kiedyś zakończyć. Istnieją pewne zasady panujące nad wszystkimi światami. Jedynie ona i Bogowie, są wieczni. Reszta musi kiedyś odejść. Śmierć zadawała sobie pytanie, „Czemu tak bardzo przywiązała się do człowieka, czemu darzyła go uczuciem tak silnym” Zapewne, dlatego że on jako jedyny ją zaakceptował, nie bał się jej.
W końcu musiała odejść, pozostawiając ciało martwego przyjaciela w łóżku. Odczuwała dziwną pustkę wewnątrz siebie. Nigdy nie doświadczyła wcześniej podobnego uczucia.
skomentuj (1)
~2007-07-17~02:04:17~
~
PS~
Wstał wczesnym rankiem. Jak to miał w zwyczaju zrobił sobie kawę, nie pił jej, nigdy tego nie robił, po prostu lubił jej zapach, delektował się tym aromatem, to właśnie on nadawał mu energię na cały dzień pracy. Należy zauważyć że jego praca nie była łatwa, wręcz prze byłą bardzo ciężka. Gdy nawdychał się już aromatu świeżo parzonej kawy, założył swój strój roboczy. Nigdy mu się nie podobał, wprawdzie to tylko ubranie ale jednak kompletnie bez dobrego smaku, cóż jego praca też nie miała smaku, nawet nie próbował się kłócić z szefem na temat garderoby jaką ten nakazywał mu nosić. Wcale nie dlatego bał się utrat pracy, po prostu jego pracodawca mógł godzinami wysłuchiwać argumentacji choćby najrozsądniejszych w świecie a on i tak by odmówił. Nawet najlepszy dyplomata świata nie byłby w stanie przekonać go do zmiany postanowienia, a możecie mi wierzyć już kilku próbowało. Tak więc Adam zwany również Panem PS pracujący dla Pana S spojrzał na listę osób które miał złożyć wizytę. Przy każdym nazwisku widniała dokładna data oraz godzina. Pierwsza persona jaką miał odwiedzić zamieszkiwała aktualnie szpital psychiatryczny. Adam lubił tam przebywać, sam nie wiedział czemu, chodzi z drugiej strony wiedział to doskonale. Tego typu paradoksy dręczyły go nieustannie. Pan PS udał się więc do pierwszego klienta, jak lubił ich nazywać. Do szpitala wszedł głównym wejściem, szedł spokojnie, przez nikogo jednak nie został zauważony. Udał się do jednego z gabinetów lekarskich i bez chwili namysłu otworzył nie oznakowaną szafkę, wyciągną z niej akta jednego z pacjentów imieniem Emanuel. Ciekawym było to że właściciel pomieszczenie nie zwrócił najmniejszej uwagi na człowieka szperającego w jego rzeczach. Adam odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, zagłębiając się jednocześnie w nowo zdobytej lekturze. Spokojnym krokiem szedł przez korytarz, nagle jeden z pacjentów podszedł do niego i grzecznie się przywitał.
- Dzień dobry Panu – powiedział wyciągając dłoń.
Pan PS uniósł zwolna głowie spojrzał na osobnika który, o zgrozo dostrzegł go.
- A to ty – uśmiechną się nieznacznie – kiedy cię to przeniesiono?
- Nie pamiętam dokładnie, chyba mniej więcej dwa tygodnie temu – odpowiedział po chwili namysłu – Do kogo dzisiaj pan przyszedł?
- Wydaje mi się, że to nie twoja sprawa Edwardzie – w jego głosie zdało się słyszeć lekką nutkę groźby
- Bardzo przepraszam, chciałem się tylko dowiedzieć czy nie przyszedł pan do mnie – wytłumaczył się szybko Edward
- Nie, nie przyszedłem dziś do ciebie
- Więc nie zatrzymuje pana dłużej – powiedział i odszedł.
Dwóch lekarzy oddziału dla psychicznie chorych szpitala Świętego Jana obserwowało jak jeden z pacjentów rozmawia z powietrzem. Zaskakująca byłą logika wypowiedzi Edwarda, większość psychicznie chorych, nawet gdy rozmawia z kimś kto dla nich istnieje a w rzeczywistości go nie ma nie potrafi nadać konwersacji wybrzmienia prawdy.
- Edward jest tu od niedawna – tłumaczył doktor Ralf swojemu praktykantowi.
- Ach tak, widać szybko przyzwyczaił się do nowego otoczenia, wskazuje o tym ta rozmowa
- Niekoniecznie młodzieńcze ten incydent może być jedynie próbą odnalezienia się w nowym środowisku
Pan PS uśmiechną się gdy rozmowa dobiegła końca. „Zadziwiające jest to że szaleńcy potrafią dostrzec rzeczy których inni nie widzą, z drugiej strony osoba normalne które by mnie zobaczyły z pewnością zostały by uznane za psychicznie chorych. Ciekawy paradoks”- Pomyślał Adam.
Emanuel siedział w zamkniętym pomieszczeniu bez klamek, wprawdzie pomieszczenia tego typu są nadużywane lecz są również charakterystyczne dla szpitali psychiatrycznych. Nagle w pomieszczeniu pojawił się Pan PS. Jego klient podniósł zwolna głowę.
- Czy to już czas na badania? – spytał leniwie – Pan nie wygląda jak lekaż.
Faktycznie Adam nie wyglądał jak lekaż, długi czarny płaszcz z kapturem, czarna koszula z czaszką na piersi, czarne buty wojskowe, czarne spodnie, taki strój zdecydowanie nie przypominał standardowego ubrania lekarskiego.
- Nie przyszedłem pana BADAĆ- na ostanie słowo wywarł specjalny nacisk.- Jestem tu raczej by kogoś zapowiedzieć
Emanuel zaczął śmiać się szaleńczo.
- Czy ty wiesz kim ja jestem? – spytał groźnie
- Ależ oczywiście Pan Emanuel Crant seryjny morderca, na rozprawie sądowej uznany za niepoczytalnego i osadzony w zakładzie psychiatrycznym- wyrecytował niczym nudną formułkę którą powtarza każdemu.
- Wiec powinieneś stąd spieprzać póki jeszcze żyjesz
- Drogi panie chciałem pana poinformować że...
- Mówiłem spieprzaj skórwielu
Adam był człowiekiem, o ile można było go tak nazwać, spokojnym z natury lecz czasem wybuchał gniewem. Wymierzył solidny cios pięścią prosto w podbródek psychopatycznego mordercy
- Słuchaj palancie w czwartek o godzinie szesnastej dwie zjawi się tu postać podobnie ubrana do mnie wtedy radzę ci zachowywać się nieco grzecznie – W oczach pana PS żarzyły się dwa płomyki i wcale nie w przenośni.
Emanuel leżał nieprzytomny na podłodze swojego małego pokoiku, nie usłyszał tego co powiedział Adam. Gdy się ockną w jego głowie mikotało jedynie niejasne wspomnienie o człowieku który do niego przyszedł. Bul cielesny wskazywał na to że nie byłą to miła pogawędka. Był wściekły, splunął na podłogę, krwista plama pojawiła się na białej posadzce, obok niej pojawił się jeden z zębów Emanuela.
Pan PS spokojnym krokiem udał się do gabinetu swego szefa, by zdać mu raport. Zdawał sobie sprawę że będzie wściekły kiedy dowie się o jego małym wybryku. Adam nie przepadał spotkań Panem S, bynajmniej nie z powodu niechęci do niego. Chodziło raczej o drogę, jaką musiał przebyć. Przechadzka po pięciokilometrowym nieoświetlonym korytarzu nie należała do przyjemnych. Wręcz przeciwnie była wysoce niekomfortowa i nużąca. Pan PS miał wrażenie że został zatrudniony z dwóch powodów i żaden z nich nie miał nic wspólnego z wykonywaniem powierzonych mu zadań. Pierwszym z powodów była: chęć doznania jakiejkolwiek rozrywki, a spotkania z Adamem z pewnością mu jej dostarczały. Drugim z kolei, według Pana PS była samotność. Gdy wreszcie podróż przez korytarz dobiegła końca, nastąpiła następna żmudna czynność – poszukiwanie klamki. Gdy nic się nie widzi nie jest to łatwe, do tego dochodzi jeszcze jeden, kolejny, paradoks w życiu Adama, złośliwy drążek służący do otwierania drzwi, zdawał się zmieniać co chwile swoje położenie a zarazem tego nie robił.
Pan S siedział spokojnie w swoim wielkim fotelu, kiedy ma się jednak trzy metry wzrostu wszystkie przedmioty których się używa muszą być duże. Nasłuchiwał, wiedział że niebawem zjawi się Adam i zaspokoi jego dwa pożądania: Rozrywkę i Samotność. Gdy drzwi się otworzyły Pan S uśmiechną się, a raczej uśmiechnąłby się gdyby było to możliwe.
- Ach witaj Adamie - w rzeczywistości Pan S nie użył tego imienia a te które sam nadał swemu pracownikowi, jednak nie może ono zostać zdradzone ponieważ jest ściśle tajne, a nawet gdyby takim nie było to i tak jest ono takie że nikt by go nie zrozumiał, nie usłyszał a już na pewno nie poją – miło cię znowu widzieć
- Witaj Panie – odpowiedział cicho Pan PS - Emanuel Crant stawiał pewne opory wiec musiałem załatwić to w nieco inny sposób niż regulaminowy
- Czy ten inny sposób, to jeden z tych twoich sposobów?
- Obawiam się że tak ale... – nie dane było mu się usprawiedliwić
- Prosiłem cię przecież byś tak tego nie załatwiał, niemość że ma niedługo umrzeć to penie przerzedziłeś nieco jego uzębienie – Nieco podniesionym głosem mówił szef
- Przepraszam Panie
- Gdybym dostawał godzinę życia za każde twoje przeprosiny to byłbym nieśmiertelny – tuż po tych słowach w sali zdało się słychać cichy śmiech, dobiegający niewiadomo skąd
- Ależ Panie... Przecież ty jesteś nieśmiertelny – sztywno odpowiedział Adam
- Chodzi raz mógłbyś się zaśmiać z mojego żartu
- Tak Panie
Nagle drzwi ponownie się otworzyły, wszedł przez nie mężczyzna. Był ubrany jakby zbiegł z ośrodka dla psychicznie chorych, jednym z powodów mogło być to że faktycznie to zrobił.
- Edward – Zdziwił się Pan PS
- Oh miło mi Pana znów widzieć – ukłonił się delikatnie
- Czyżby ktoś cię śledził? – spytał wyraźnie podirytowany Pan S
- Najwyraźniej tak Panie, przepraszam za moją nieuwagę
- Och nareszcie mogę Pana spotkać – Edward zwrócił się pracodawcy Adama
- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę kim ja jestem? – spytał podirytowany już Pan S.
- Ależ oczywiście, jest Pan Śmiercią we własnej osobie – odpowiedział bez chwili namysłu
Śmierć i jego posłannik patrzyli przez chwilę na Edwarda w zamyśle. W ręku Śmierci pojawił się mały kieszonkowy zegarek, wskazówka obracała się i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to że nie w tą stronę w którą trzeba.
- Ile masz lat Edwardzie – Spytał Adam, który zdążył dostrzec nieprawidłowość w prawidłowym działaniu miernika życia
- Zdaje się że mniej więcej sto piętnaście, plus minus pięć lat
Edward nie wyglądał na osobę pierwszej młodości, ale też nie na starca, wizualnie mugł podchodzić pod sześćdziesiątkę.
- Adamie, mamy problem – stwierdził śmierć
- My? Ależ Panie pracuje dla ciebie od czterdziestu lat, tak wiec tym razem nie miałem z tym nic wspólnego
- Słuszna uwaga ale jako mój posłannik jesteś częściowo powiązany ze wszystkimi moimi pomyłkami
Adam zirytował się rzadko zdarzało mu się krzyczeć na szefa, tym razem jednak nie wytrzymał.
- Mam już tego dość, praca dla ciebie jest koszmarem, wszystko zawsze jest moją winą, nigdy słowa pochlebstwa!
- Przypominam ci że sam podjąłeś decyzję by mi służyć – spokój z jakim śmierć wypowiadał te słowa byłą irytująca
- Byłem młody i pragnąłem być nieśmiertelnym a ty mi to zaoferowałeś
Edward korzystając ze sprzeczki wyszedł po cichu z gabinetu.
skomentuj (2)
~2007-06-04~19:30:57~
~
Szklana kula ~
Gdy wróciłem do domu
Tego dziwnego dnia
Zmienił się cały mój świat
Rutyna mnie pochłaniała
Wpadłem w to czego
Najbardziej się bałem
Lecz gdy otworzyłem drzwi
Po powrocie z pracy
Na stole stała ona
Piękna i majestatyczna
Zwyczajna a zarazem magiczna
Szklana kula, mieniąca się
Wszystkimi kolorami tęczy
Śpiewała cicho piosenkę tę:
„Koniec z monotonią
Dziś zmieni się twój świat
Koniec z rutyną
Bo straszliwie ona nudzi mnie”
Tak właśnie rozpoczęły się
Piękne mego życia dni
Powróciłem ten dawny ja
Ten prawdziwy ja
Trwał tak ten wspaniały świat
Do czasu aż stłukła się
Szklana kula
Zarazem zwyczajna i magiczna też
Lecz coś zostało we mnie pięknego
Coś przeżyło z dawnego ja
Teraz twierdze że najważniejsze
Jest to by pozostać sobą
Mimo ciężkich prób
skomentuj (0)
~2007-03-04~20:53:54~
~
Kiedyś byłem malutki~
Kiedyś byłem malutki
Lecz dorosłem już
Zmienił się świat
Zmieniłem się ja
Ty jeden pozostałeś taki sam
Przy mnie wiecznie trwasz
Niczym anioł stróż
Tylko ty nie opuścisz mnie
Gdy zabraknie tchu
Na ścieżce... zwanej życiem
skomentuj (2)
~2007-01-30~12:16:50~
~
Herbata~
Gdy pada śnieg
Gdy na dworze zimno jest
Gdy dziadek mruz
Swe wdzięki roztacza
Nic nie jest leprze
Niż ciepła herbata
Ona pomoże
Ona doradzi
Jak chłód przepędzić
Jak rozgrzać organizm
Jeśli zdąży się tak
Że zabraknie herbaty
Do sklepu szybko idź
Świeżo zaparzonej herbaty
Aromat już po pokoju rozchodzi się
Do kubka wsypałem
Fusuf ni dużo ni mało
Proporcja doskonała
Temperatura idealna
Czegóż można więcej chcieć
Pamiętać jednak należy
Bez cukru spożywać herbatę
Bo on zabija cały
Subtelny ten smak
To się nazywa powrót, wybaczcie ze tak żadko dodaje notki.
Wiersz ten detykuję Anerce.
skomentuj (2)
~2006-12-11~01:19:56~
~
Czy pamiętasz jak...~
Garna leżała spokojnie, już się obudziła, chciała jednak wciąż śnić. Jej głowa delikatnie przechyliła się w lewą stronę, po której spał Fendriel, jej najlepszy przyjaciel. Pod kołdrą wyszukała dłoni mężczyzny po uścisnęła ją. Powolnymi ruchami zbliżyła się do partnera. Gdy jej usta znalazły się centymetr od jego, Fen otworzył oczy. Zdawał się nie być zaskoczony, wręcz przeciwnie. Jego twarz wyrażała oczekiwanie. Po chwili Garna przełamała niewidoczną barierę i pocałowała go. Mężczyzna uśmiechną się delikatnie, po czym spytał:
- Czy pamiętasz jak się poznaliśmy?
- Oczywiście, trudno zapomnieć coś takiego – odpowiedziała dziewczyna.
- Co wtedy do mnie czułaś? – zadał kolejne pytanie.
Garna zamilkła, pytanie to wyraźnie zbiło ją z tropu, po chwili walki z samą sobą powiedziała prawdę:
- Nienawiść... chciałam cię zabić
Fendriel zaczerpną powietrza w płuca.
- Ja pragnąłem jedynie cię poznać
- Nie bałeś się? –spytała zszokowana – przecież nieomal nie strąciłeś wtedy życia
- Wiedziałem że nic mi nie zrobisz, czułem to głęboko w sercu
- Jesteś taki głupi – mówiąc to Garna uścisnęła Fena
- Wtedy właśnie się w tobie zakochałem i zdaje się że już mi tak zostało
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, nie wiedziała co powiedzieć. Kochała go, ale bała mu się powiedzieć co naprawdę do niego czuje. Fendriel przytulił do siebie małą czarnowłosą damę swego serca. Głaskał ją delikatnie po głowie. Łzy popłynęły z oczu Garny.
- Ja też cię kocham – powiedziała po chwili – zawsze kochałam
Uśmiechnęli się oboje. Trwali we wspólnym uścisku do późnego popołudnia. W końcu wyszli z łóżka i udali się do salonu, gdzie czekała reszta ich przyjaciół.
- No, no jak to późno się wstaje, noc musiała być męcząca – zaśmiała się Entos.
- Daj im spokój, to ich prywatna sprawa co robią w nocy – zrugał go Simmeon
Praton patrzył znacząco na obu mężczyzn, którzy gdyby tylko mogli, z pewnością zasztyletowali by się nawzajem wzrokiem.
- Co się stało braciszku? – w końcu nie wytrzymał – o czym oni mówią? Co robiliście w nocy?
Fen zakłopotał się nieco, ale przecież nie doszło do niczego nieetycznego, po prostu położyli się spać.
- Absolutnie nic, to tylko wymysł skrzywionej wyobraźni Entosa i Simmeona
Łowca usiadł wygodnie w fotelu i powrócił do swego nowego hobby, picia herbaty, zdawał sobie w pełni sprawę z tego że jego umysł jest spaczony i nie zamierzał zaprzeczać. Entos z kolei wpadł w nieco zły humor. Nie mógł się powstrzymać.
- Więc co robiliście w łóżku do tej pory? – spytał wściekle
- Przytulaliśmy się – odpowiedzieli jednocześnie Fendriel i Garna
- A co robiliście wcześniej?
- Spaliśmy – ponownie razem wyjaśnili wszystko koledze.
Entos zrezygnował, widząc że jest w mniejszości.
- To może przynajmniej powiecie mi z jakiej to okazji „przytulaliście się” pół dnia?
No trak mogli się tego spodziewać, zostało zadane pytanie, na które nie chcieli udzielać odpowiedzi. Ale nie mogli też utrzymywać w tajemnicy przed towarzyszami swoich uczuć.
- Ponieważ... – zaczą niepewnie Fendriel – powiedziałem Garnie że ją Kocham
- A ja czuję do niego to samo – dodała dziewczyna.
Simmeon i Entos spojrzeli najpierw na siebie a potem na przyjaciół. Zaczęli się śmiać niemalże jednocześnie. W oczach Garny pojawił się ogień, byłą wściekłą
- A co w tym niby takiego śmiesznego, Entosie, ty co chwile znajdujesz sobie nowe panienki i jakąś się z tego nie śmiejemy
- Chej słonko – szepną Fen – tak po prawdzie to się śmiejemy
- Nie śmiejemy się z tego że sobie powiedzieliście co do siebie czujecie – wyjaśnił Simmeon – Po prostu myśleliśmy że zrobiliście to już dawno temu
Fendriela i Garnę zamurowało. Stali w osłupieniu przez ładne pięć minut zanim zaczęli wykazywać jakiekolwiek odruchy życiowe.
- To było aż tak widoczne? – spytała dziewczyna
- Oczywiście że tak, aż nazbyt widoczne – odpowiedział Entos – a twoja uwaga na temat moich miłostek byłą co najmniej nie na miejscu – skwitował szybko.
- Och, przepraszam cię, nie zamierzałam cię urazić, po prostu trochę mnie poniosło
- No już, już nie gniewam się
Fendriel uśmiechną się, wiedział że teraz życie będzie znacznie prostsze. Pocałował przytulił mocno Garnę po czym pocałował ją.
- Kocham cię, słońce ty życia mego – szepną jej do ucha.
Powrót do dawnych pomysłów. Zastanawiałem się czy połączyć ze sobą tą parkę i właśnie dzisiaj doszedłem to wniosku że tak.
Pozdrowienia dla Yuvenall, Anerki, Małża i wszystkich którzy to przeczytają.
skomentuj (2)
~2006-11-04~20:13:06~
~
Spacer~
Idę na spacer,
Gdzie oczy poniosą
By znów
Poczuć się wolnym
Jak ptak
Żadnych nie trzeba
Mi już słów
Wystarczy tylko cisza
Zapadł zmrok
Ja wciąż idę
Nikogo na drodze
Nie widzę
Bądź dostrzec nie chcę
Niech ta chwila trwa
I wieczność całą
Gdy jak ptak
Wolny ptak
Idę przed siebie
Gdzie oczy poniosą
W dal
Wiersz dedykuję Anerce. Dawno mnie nie było czyż nie :)
skomentuj (3)
~2006-09-17~01:41:58~
~
.~
Gdy czytam, jestem w świecie książki. Gdy pisze jestem w moim świecie. W jakim świecie żyje?
skomentuj (1)